Wstęp
Droga Krzyżowa jest naszą życiową wędrówką. Spotkane na niej drogowskazy dają nam wskazówki, rady, a
o tym co wybierzemy decydujemy my sami. Dzisiejsza Droga Krzyżowa opiera się o tematykę osób, które
doświadczyły bolesnych upadków dokonanych niewłaściwym wyborem kierunku wędrówki życia lub splotu
wydarzeń. To prawdziwe świadectwa osób, które dzisiaj są ludźmi podniesionymi na Duchu działania Boga
i którzy otwarcie głoszą swoje powstanie przez żywe, bo na swoim przykładzie dzieło Ewangelizacji.
Stacja I Pan Jezus na śmierć skazany
Świadectwo Krzysia
Jak mówi w roku 1993 „Mój świat runął. Starszy, o 5 lat, brat popełnił samobójstwo … Ktoś, kogo tak
bardzo kochałem, ktoś kto był ważny, nagle odszedł. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Nowe otoczenie,
nowa szkoła, nowi znajomi, śmierć brata, to wszystko sprawiło, że zacząłem gdzieś uciekać. Marihuana,
haszysz, LSD, amfetamina. Później eksperymenty z benzodiazepinami i barbituranami.” To wszystko
sprawiło, że życie Krzysia gdzieś uciekło do tego stopnia, że był „wrakiem człowieka” jak pisze „Nie byłem w
stanie sam się umyć, sam pójść do ubikacji. I postanowiłem, że kończę z narkotykami. Że nie chcę już dalej
brać”.
Po wyjściu z detoksu jego życie nie wyglądało dobrze. Bliscy znajomi odwrócili się od niego, był nazywany
bandytą. Nie wierzył w Boga i nie chodził do kościoła, ale słyszał o rekolekcjach. Postanowił pójść chodź nie
wiedział po co – „Bóg był dla Niego nieobecny”. Jak mówi dalej
„Jak jakieś durne rekolekcje mogą zmienić moje życie? No wszystko fajne, że ci ludzie się modlą, śpiewają,
grają na gitarach, oni są inni niż ja, oni są z innych światów. I po tych rekolekcjach jeden człowiek zaprosił
mnie na takie spotkanie. I on opowiedział mi Ewangelię. Powiedział – wiesz, Jezus umarł i zmartwychwstał.
Jest taki jak dwa tysiące lat temu. Robi dokładnie to, co dwa tysiące lat temu. Uzdrawia, uwalnia, zmienia
życie. Jeśli chcesz, możesz oddać Mu życie. A On je odmieni. Powiedziałem – Boże, jeśli Ty jesteś w górze,
jeśli to wszystko jest prawdą, to ja proszę Ciebie, zmień moje życie. Ja potrzebuję Ciebie, straciłem wszystko,
co miałem. Brata, rodzinę, przyjaciół, mam sprawy w sądzie, prawie w ogóle nie skończę szkoły. Jestem w
beznadziejnym momencie. Uratuj mnie.
Dwa, trzy dni później nastąpiło coś niezwykłego. Dwa, trzy dni później stałem się człowiekiem wolnym od
narkotyków. W moim sercu zapadła taka decyzja. Wszelkie objawy, odstawienia zniknęły. Później była
walka psychiczna, ale ja już widziałem wtedy, że wygrałem tę walkę” dzisiaj jak Krzysiu mówi kiedy ludzie
go pytają „dlaczego wierzysz w Jezusa?”, to mówię zawsze to samo – Bo On pierwszy uwierzył we mnie. Dla
wielu byłem przegrany, dla wielu byłem bandytą i przestępcą, ale On uwierzył we mnie”.
Stacja II Pan Jezus bierze Krzyż na swoje ramiona
Świadectwo Dawida
Dawid to człowiek wychowany w wierze, ale z czasem zaczęła ona słabnąć. Jak pisze: ” Urodziłem się w
rodzinie wierzącej w Boga, jako pierwsze dziecko. Od najmłodszych lat słyszałem Słowo Boże, mama często
czytała mi o Jezusie, a ja wtedy płakałem, bo Bóg dotykał mojego serca. Chodząc na nabożeństwa
odczuwałem miłość Bożą i w wieku 11 lat zostałem napełniony Duchem Świętym.”
Jednak sytuacja zaczęła się zmieniać kiedy Dawid zaczął grę w koszykówkę.
” Zająłem się sportem, wstąpiłem do klubu, bardzo dużo trenowałem i byłem w tym coraz lepszy. Tak moje
życie poszło w tamtym kierunku. Bardzo dużo czasu spędzałem na boisku, przestałem się uczyć, po prostu
cały czas grałem. Wszyscy wokół mnie chwalili i podziwiali. I wiecie co? Sama gra w kosza to jeszcze nie jest
nic złego, ale żeby być w tym klubie i z tymi ludźmi, to ja musiałem robić to, co oni robią, żeby być przez nich
lubianym i szanowanym. Słuchałem takiej muzyki jakiej słuchali oni, ubierałem się tak jak i oni się ubierali.
Zmieniłem cały swój styl życia i poświęciłem się grze. Zapomniałem o Bogu, zapomniałem o nabożeństwach
o tym co tam czułem i przeżywałem.” Mama Jego napominała, że to nie jest właściwa droga, często
cierpiała i płakała z tego powodu. Ale jak mówi:
„Świat mnie pociągał, chciałem być bogaty i rozpoznawalny przez innych, po prostu pragnąłem sławy!
Coraz dalej odchodziłem od Boga, tak mnie to wszystko wciągnęło i nie potrafiłem z tego wyjść”.
Bóg do Dawida przemawiał, aby się nawrócił do tego stopnia, że Dawid płakał. Druga strona osobowości
sprawiała, że gdy byli koledzy
„znowu pojechałem na trening i po raz kolejny zapomniałem co Bóg mówił i co dla mnie zrobił…
Odchodziłem od Boga wciąż dalej i dalej…” „Mieliśmy dużo wolnego czasu, ale ja wolałem spędzać go w
towarzystwie młodych ludzi ze świata, tak po świecku, tak pusto i źle. Ja już inaczej nie potrafiłem”.
Do tego dochodziły wypady, dyskoteki. Był człowiekiem wolnym i chciał korzystać z uroków młodości
„Mówiłem: Mamo ja jestem jeszcze młodym człowiekiem, ja jeszcze zdążę się nawrócić, daj mi spokój ”
Sytuacja zmieniła się nad morzem. Zakaz kąpieli z powodu niewłaściwego dna po sztormach nie był
argumentem dla Dawida, który postanowił „poskakać sobie po tych falach” i tak zaczął się topić
„Zrozumiałem, że kończy się moje życie. Co będzie ze mną biednym człowiekiem? Przecież nie jestem
pojednany z Bogiem, przecież pokłóciłem się z mamą, mój charakter nie jest zmieniony! Co będzie, gdy
stanę przed żywym Bogiem??? Śmierć i potępienie!” „Ostatkiem sił, kiedy wiedziałem, że już przychodzi
koniec mojego życia, że opuszczam się na dno, otworzyły się moje oczy, dostałem siłę, wybiłem się i
znalazłem się na powierzchni i z całej siły krzyknąłem: Boże, Ty mnie ratuj!!! I ktoś mnie nagle złapał, ktoś
mnie pochwycił. To Bóg posłał swojego anioła, przysłał swoją ochronę i pochwycił mnie. Ja nikogo nie
widziałem, ale wiedziałem, że nie tonę. Czułem pokój – ja już nie tonę! Chwała Bogu – żyję! I tak pomału
ktoś pchał mnie do brzegu, jakby omijając fale, leżałem spokojnie i usłyszałem głos: Czy ty już stoisz? Potem
zastanawiałem się nad tymi słowami w domu, sam Bóg pytał mnie: Czy ty już stoisz? Wtedy tego nie
rozumiałem, ale teraz rozumie. Bóg mnie pytał czy stoję już? Czy idę już właściwą drogą? Czy ja idę już za
Nim? Wtedy odpowiedziałem: tak!!! I tak żyję, jestem wśród wierzącego ludu i chwalę Boga.
Stacja III Pan Jezus upada po raz pierwszy pod krzyżem
Świadectwo Ani.
Ania odniosła zwycięstwo dzięki sile wytrwania i determinacji – została mistrzynią Polski w pięcioboju. Za
jakiś czas – walczyła o życie. Jak sama mówiła „Lekarz stwierdził, że mam tylko 15 minut życia . Dzięki
interwencji bliskich i ojca udało się ją uratować. Ania układała sobie życie, poznała chłopaka, który był
później jej mężem, jednak los sprawił, że wyleciał do Stanów Zjednoczonych. Ania została w Polsce z
dziećmi oraz schorowaną matką. Zaczęły pojawiać się u niej dolegliwości zdrowotne. Pewnego razu
zadzwoniła do niej koleżanka, która postanowiła jej pomóc w dolegliwościach – zachęciła do zapisu na kurs
Silvy jak mówi Ania:
„to jest kontrola umysłu…, to jest dosłownie jak pranie mózgu, na którym uczono nas ćwiczeń, jak zawierzyć
się sobie, jak kontrolować swój umysł, jak można być, dzięki czemu będziemy mogły pokonać wszystkie
przeszkody same, wszystko zrobić, siła jest w nas i wszystko będziemy mogły po prostu zrobić. I ja w to
uwierzyłam, ja po prostu strasznie się w to zaangażowałam – na ten kurs, uwierzyłam w te trzy dni, które
mogą zmienić całkowicie moje życie. To był mój Bóg – po prostu, ja wierzyłam, że ten kurs Silvy pomoże mi
pokonać te wszystkie problemy i mogę wizualizować nawet, że wyjadę do Stanów i będę miała wspaniałe
życie. Wszystko, ja mogę. Być nawet właśnie tym, który widzi przyszłość, który przepowiada przyszłość,
leczy choroby, to było trzy dni, w których się dowiedziałam o tym i próbowano mi udowodnić, że to jest
prawda. Moja koleżanka weszła w to głębiej, poszła jeszcze na drugie etapy. Ja przez pierwszy rok zaczęłam
czuć się silna, ale po jakimś czasie, kiedy zaczęłam widzieć u mojej koleżanki rozdwojenie jaźni, zaczęły się z
nią dziać dziwne rzeczy i w końcu okazało się, że ona ma schizofrenię. Przestraszyłam się i przestałam
ćwiczyć te techniki.”
Pewnego razu przyszła do Ani koleżanka „Anka, stał się cud, ja przyjęłam Jezusa. Ja przyjęłam Jezusa i
jestem innym człowiekiem, wiesz? I ja chcę teraz zupełnie już inaczej” jak mówi Ania: „I była dziewczyna,
która miała depresję, która miała problemy, zobaczyła mnie z taką radością, tyle radości, takiej nadziei w
niej. Już się wszystko skończyło, jest teraz wszystko nowe. No to mnie to po prostu dobiło. Ja najpierw po
prostu poczułam się jak gorsze dziecko Boga. Tak pamiętam takie stwierdzenie, że jestem jakaś gorsza?
Dlaczego ja tego nie rozumiem? O co tu chodzi w ogóle? Ty nie miałaś w ogóle Jezusa i ja nic nie wiem o co
chodzi. I zostawiłam ją z tym i ja byłam straszną. Od zazdrości poprzez złość, próbowałam w tej chwili
udowodnić sąsiadom, że nie jest tak jak mów, że nie ma racji. Po prostu byłam wściekła i jak zaczęłam,
otworzyłam to Pismo Święte. Wbrew sobie, ale otworzyłam, żeby udowodnić, że ona nie ma racji. Ale nie
wiem jakiej racji, ale otworzyłam to słowo i czytam:
Bojaźń Pana jest początkiem poznania. Głupcy gardzą mądrością i karnością.
Zastanawiać się zaczęłam, po której stronie ja jestem, po stronie głupców czy po stronie mądrych. No i
niestety z przykrością jak dalej czytałam, to się dowiedziałam, że jestem po stronie głupców, bo ja nie znam
mojego Boga, w którego mówię, że wierzę. I było mi bardzo przykro. Po prostu poczułam się gorszym
dzieckiem Boga, bo nie znam Go. Nie znam ani jednego imienia Jego, nie wiem kim jest i było mi strasznie
przykro. Dlaczego Pismo Święte? Czy to jest prawda? Padło takie moje zapytanie. Otworzyłam również
Pismo Święte i najpierw zwracałam się do Boga:
Panie, pokaż mi – jeśli Ty jesteś Bogiem Wszechmogącym, Wszechwiedzącym, to Ty to możesz zrobić
przecież. Dlaczego ja mam ranić ludzi, siebie i innych wokół swoją niewiedzą o Tobie? Pokaż mi to, kim
jesteś i dlaczego Pismo Święte?
Jak już się dowiedziałam, że słowo jest prawdą, a ja jestem ignorantem tego słowa i nie mam tej mądrości,
o której Bóg mówi, to było mi przykro. I czytając dalej, dowiedziałam się, że jestem upadłym człowiekiem.
Zgrzeszyłam w oczach Boga. Szukałam innych dróg, żeby sobie pomóc. Nie miałam tej ufności, nie znałam
ani jednego imienia Jego, nie wiedziałam, kim jest. I okłamywałam siebie, że wierzę w Boga – tak naprawdę
nie znałam Go zupełnie. Nie wiedziałam, w kogo wierzę i to mnie doprowadziło do stanu, w którym byłam. I
Bóg mnie skonfrontował przez Słowo Boże. Dzięki Słowu Bożemu dowiedziałam się, że ja Go potrzebuję, że
jestem upadła i że jeżeli tego nie zrobię, po prostu umrę na wieki, nie będę żyła. I Jezus jest tym, który daje
przebaczenie i wyzwolenie z tej wonny. Jezus powiedział, że ja jestem drogą, prawdą i życiem. Droga,
prawda i życie, więc wszystko. I ja Mu zaufałam, ale musiałam upaść na kolana. Musiałam się do tego
przyznać ze łzami w oczach tak naprawdę. Płakałam i prosiłam Pana, żeby mi wybaczył to wszystko, co było
zwrócone przeciwko Niemu tak naprawdę. Ten mój egoizm, moje zapatrzenie w siebie, taka duma, to
wszystko, co było złe. I poprosiłam Boga o prowadzenie, poprosiłam o przebaczenie mi grzechów moich,
tego wszystkiego, co było złe w Jego oczach. Nie w naszych ludzkich, ale w Jego oczach. I że złamałam Jego
dziesięć przykazań i po prostu tak poczułam, poczułam się winna.
Jestem dzieckiem Bożym. Jestem człowiekiem, który kocha Pana, rozumie kim jest na tyle, na ile jest mi to
dane. Kocham Jezusa i On jest jedyną moją drogą, prawdą i życiem.
Stacja IV Pan Jezus spotyka Swoją Matkę
Świadectwo Marioli
Mariol opowiada tak:
„Nie szukałam Boga, Bóg sam mnie znalazł pod moim domem. Blok obok, między pracownikami była
wierząca osoba i jej pragnieniem było opowiadać innym o Chrystusie. Jej pierwsze pytanie do mnie było – co
bym zrobiła jeśliby ktoś zrobił krzywdę moim dzieciom? Oczywiście moja odpowiedź była straszna – zabiła
bym.
Wtedy dowiedziałam się co Bóg Ojciec zrobił, jak dał na śmierć Swojego Syna Jezusa; za mnie i za moich
bliskich. Jak cierpiał i umarł Syn samego Boga. Świadczono mi o Jezusie, który umarł i zmartwychwstał dla
mojego zbawienia, i jeśli w to uwierzę będę zbawiona. Nawet nie wiedziałam, co znaczy słowo zbawienie.
Słyszałam o niebie, piekle, ale o zbawieniu – nie. Postanowiłam to wszystko sprawdzić i przeczytać
Ewangelie. Będąc u mojej rodziny na wsi, zapytałam o Biblie, bo na wsiach jest wielka religijność. Dostałam
katolicką Biblie, – to były cztery Ewangelie i Dzieje Apostolskie. Siedząc przed namiotem z papierosem w
palcach zaczęłam czytać. I stało się. Im więcej czytałam, chciałam jeszcze więcej wiedzieć. Kiedyś jak
wzięłam Słowo Boże do ręki, to zaraz odkładałam z nudów. Tym razem, tak mnie wciągnęły te wszystkie
piękne słowa Jezusa, że nie mogłam przestać czytać. Coraz bardziej mi było źle ze sobą. Zaczęłam widzieć
swoje grzeszne, okropne życie. Zobaczyłam Sprawiedliwego jak był bity, opluwany, wreszcie ukrzyżowany
za mnie!!! Nie za innych. Ja czułam, że Jezus za mnie to zrobił, i że On dla mnie umarł, i nie mogłam już bez
Niego żyć. Coś mi się zaczęło robić, zamiast krwi w żyłach czułam jakby ołów, i płakałam, płakałam i nie
mogłam dać sobie z tym rady. Powiedziałam w końcu do mojego głosiciela; coś ty mi zrobił, ja nie mogę
normalnie funkcjonować. On skierował mnie pod adres mojego pastora i tam w wielkim płaczu przyjęłam
Jezusa do mojego serca, jako osobistego zbawiciela. To wielki skrót co się wtedy ze mną działo, ale nigdy
nie chciałabym tego zmienić. Jezus uwolnił mnie w cudowny sposób z nałogu papierosowego, uzdrowił mnie
z kolki nerkowej, o której lekarz powiedział, że to nieuleczalne. Jezus dał mi nowe życie. Narodziłam się na
nowo i jestem nowym człowiekiem w Jezusie Chrystusie. Stare przeminęło oto naprawdę stało się wszystko,
ale to wszystko nowe w moim życiu. Przez wiele miesięcy poznawałam samą siebie, tą nową samą siebie.
Mam nawet nowy smak. Kiedyś nie bardzo lubiłam żółtego sera i czerwonego barszczu, a teraz bardzo
lubię. Bóg w swoim miłosierdziu wiele razy uzdrawiał moje dzieci w cudowny sposób tak jak pisze w
Ewangelii; że jeśli wierzę to na chorych będę kłaść ręce, a oni będą zdrowieć. I tak się dzieje. Wiara, którą
Pan Bóg mój wlał w moje serce czyni wiele rzeczy, o których nigdy wcześniej nie miałam pojęcia. Bóg daje
mi pragnienie dzielić się tym Słowem, które jest żywe i skuteczne – Ewangelią.
Stacja V Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi
Świadectwo nawrócenia Romana
Romek pisze o sobie tak:
„Nigdy nie byłem katolikiem, nie chodziłem do kościoła. Urodziłem się w rozbitej rodzinie, wychował mnie
tata. Kiedy miałem 16, 17 lat chciałem poznać moją mamę, ale ojciec ostrzegał mnie przed nią. Nie
posłuchałem i znalazłem jej adres. W tamtych czasach żyła w patologii. Któregoś dnia tata powiedział:
wybieraj albo ja, albo matka. Oczywiście wybrałem matkę. Miałem wówczas jeszcze nie skażone serce,
grzechem. Wtedy zacząłem pić razem z matką i palić. Któregoś dnia mamy kochanek wyrzucił mnie z domu,
a ona nawet nie broniła mnie (chcę zaznaczyć, że nie winię jej za to, ja wybrałem, byłem przecież dorosły).
W ten sposób znalazłem się na ulicy.
Zapytacie: Dlaczego nie poszedłem do ojca?
Honor i ambicja nie pozwalała mi. Żyłem w ten sposób – na ulicy, ponad 12 lat. Wówczas stoczyłem się na
samo dno. Piłem co popadło, nawet denaturat. I właśnie wtedy ktoś mi powiedział, jedź do Wrocławia, tam
ci pomogą. I pojechałem. Tak jak stałem, znalazłem się we Wrocławiu, w schronisku dla bezdomnych.
Pracował tam człowiek wierzący i on powiedział mi ewangelię. Kiedy powiedział on o Jezusie, to mnie nie
przekonało. Jednak nie zapomnę chwili, kiedy wszedłem na nabożeństwo i wszyscy, którzy mnie zobaczyli
podeszli do mnie. Ja byłem brudny i śmierdzący, a oni – bracia i siostry, przytulili mnie do siebie. Wówczas,
pierwszy raz w życiu poczułem miłość (przepraszam za moją pisownie, ale mam mokre oczy jak to piszę).
Od tamtej pory żyję z Jezusem. Przez ten czas – to jest 20 lat ,dużo się zmieniło. Mieszkam w Warszawie, bo
z Warszawy pochodzę. Mam mieszkanie w samym centrum. Mam też wspaniały kościół i przyjaciół w
kościele. Jezus zmienił mnie, moje życie, jestem normalnym człowiekiem, choć niepełnosprawnym. Od
urodzenia chodzę o jednej kuli. Wierzę jednak, że Jezus mnie uzdrowi, a jeśli nie, Jego wola, nie moja.
Kocham mój kościół, on jest moją rodziną.
Stacja VI Weronika ociera Twarz Panu Jezusowi
Świadectwo Heni
Byłam bardzo mocno uzależniona od alkoholu. Już jako dziecko, potem jako młoda dziewczyna, czułam się
nie akceptowana i miałam poczucie niskiej wartości. Alkohol dodawał mi pewności siebie. Za wszelką cenę
szukałam aprobaty i miłości. W wieku szesnastu lat, wyszłam za mąż. Mąż dużo pracował, a ja nie radziłam
sobie z małym dzieckiem i sama ze sobą. Znów czułam się gorsza i nie akceptowana. Po kilku latach
podjęłam pracę, w której próbowałam dorównać mężczyznom także i w piciu. Mój mąż także pił, ale
mojego picia nie akceptował. Wynikały z tego powodu awantury, które i tak nic nie zmieniały. Po jedenastu
latach zapragnęłam mieć drugie dziecko. Odstawiłam alkohol i nasze życie stało się prawie normalne. Mąż
też jakby mniej pił. Urodził nam się drugi syn Paweł. Starałam się być dobrą matką i żoną. Z czasem do
naszego domu znów wrócił alkohol. Wpadałam w coraz to większe sidła alkoholizmu, zaczęłam pić ciągami.
Nie podobało się to, ani mojej rodzinie, ani moim pracodawcom. Zostałam zdegradowana ze stanowiska
kucharza na sprzątaczkę. Oskarżałam wszystkich za to co się stało – tylko nie siebie. Karmiłam się moim
bólem i wpadałam w coraz to większe uzależnienie. Brnęłam w coraz to większe kłopoty. Kłamałam,
oszukiwałam, często piłam samotnie, ale również z przygodnie spotkanymi ludźmi. Któregoś dnia mąż
wyprowadził się z domu. Byłam przerażona bez żadnych środków do życia.
Postanowiłam się leczyć. W poradni nie mieli natychmiastowej recepty na zdrowie. Zdecydowałam wtedy,
że popełnię samobójstwo. Poszłam nad jezioro Pogoria i wskoczyłam do wody. Płynęłam dokąd starczyło sił.
Gdy zaczęłam tonąć, zdałam sobie sprawę że to już koniec. Krzyknęłam wtedy; Jezu ratuj! Do dziś nie wiem
jakim sposobem znalazłam się na brzegu. Dziękowałam Bogu za ocalenie, ale zupełnie nie wiedziałam co
mam ze sobą zrobić. Nienawidziłam siebie za swoją bezsilność. Chciałam nie pić a jednocześnie bałam się
przestać. Utknęłam w kręgu beznadziejności. Bóg jednak miał dla mnie plan. Na drugi dzień szwagier zabrał
mnie na dni trzeźwości do Wisły. Tam przyjęłam Jezusa jako swojego zbawiciela. W jednej chwili zostałam
uwolniona od alkoholu i papierosów. Mąż do mnie wrócił i znów zaczęło się wszystko układać. Szczęście
moje trwało pół roku, aż do chwili, gdy na weselu syna, wypiłam kieliszek szampana. Myślę że nawrócenie
moje było wtedy powierzchowne, bo znalazłam się w gorszym położeniu niż poprzednio. Totalne
upokorzenie, nienawiść, strach, bezsilność. I znów myśli samobójcze. Moja dusza, mój honor, moja duma
były zdruzgotane do granic ludzkich wytrzymałości. Cierpienie, którym nie mogłam, lub nie chciałam się z
nikim podzielić stawało się nie do zniesienia. Jedynym znieczulaczem był alkohol. Koszmar alkoholizmu
powrócił ze zdwojoną siłą .Piliśmy z mężem razem coraz więcej i więcej. Znów powrócił strach, poczucie
winy, poczucie krzywdy, wyrządzonej sobie i synowi. I znów po siedmiu latach bezskutecznej walki z
alkoholizmem, w moje życie musiał zaingerować Jezus. Pewnej nocy podczas kolejnej awantury, zaczęłam
płakać i wołać: czy jest ktoś na tej ziemi kto mnie kocha? I nagle usłyszałam w mojej głowie głos; Jezus cię
kocha, podaj tę miłość dalej .Poczułam jak cały pokój wypełnia się miłością, akceptacją, spokojem.
Wyciągnęłam rękę do męża i powiedziałam: Jezus cię kocha. Przestał krzyczeć i poszedł spać. Po kilku
dniach przyszedł do nas brat w Chrystusie, mąż sam poprosił go o modlitwę .We łzach oddał życie Jezusowi
.Na drugi dzień ja podjęłam decyzję żeby powrócić do Boga. Jezus był cały czas blisko mnie, ale czekał, do
niczego nie zmuszał. Kocha nas, wyciąga ręce, wystarczy zrobić krok w jego kierunku.
Dziękuję ci Jezu za ogrom twego miłosierdzia i cierpliwości.
Ostatnie piwo wypiłam 16.06.2001r.
„Jeśli więc syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie” (Jan,8,36)
Stacja VII Pan Jezus upada po raz drugi
Świadectwo nawrócenia Mieczysława (Roma)
Mieczysław to człowiek, którego celem w życiu była rozrywka i towarzystwo, jak mówi:
„…jako 25- latek pragnąłem znaleźć cel życia w rozrywce i towarzystwie. Zatraciłem się w poznawaniu
uroków życia”.
Jednak jak dalej mówi: „…to co miało mi osłodzić życie – wspaniałe imprezy, towarzystwo na terenie
rożnych miast, aplauz za finezję taneczną wśród kolorowych świateł dyskotek – wysysało jedynie z serca
radość i chęć życia.
Nie wiedziałem co jest życiem i nie mogłem zrozumieć sensu mojego bycia. Manifestując swoją
muskulaturę, Patrząc z rezygnacją w przyszłość znajdowałem jedynie pustkę i nie widziałem żadnego celu
swojego życia. Zapytałem się Boga „po co jestem tu na ziemi?” i po twarzy spłynęły mi łzy rozczarowania i
zagubienia. To wołanie z głębi serca usłyszał ten bardzo nieznany Bóg. W niedługim czasie na mojej drodze
stanęła koleżanka. Ta cudowna osoba zdziwiła mnie swoją innością. Powiedziała mi o Kimś kto wie po co
jestem tutaj na ziemi. Po wielu dziwnych sytuacjach znalazłem się w zborze Kościoła Zielonoświątkowego w
Nowej Soli. Znalazłem się w Kościele, ale nie takim do jakiego byłem przyzwyczajony. Będąc tam byłem
zdziwiony postawa ludzi, którzy tam byli. Obserwowałem ich i nie widziałem tego co widziałem w ludziach
w moim rodzinnym Kościele Katolickim. Byli dla mnie bardzo życzliwi, interesowali się mną. Jestem
Cyganem i zawsze czułem obojętność otaczających mnie ludzi – barierę, która nas dzieli. Tu w Kościele
Zielonoświątkowym w Nowej Soli w oczach tych ludzi naokoło mnie widziałem jakąś radość, szczerość i
aprobatę. Wiedziałem wtedy, że ci ludzie nie udają. Wtedy tam coś się zmieniło w moim sercu – chciałem
być jak oni. Kochać tego Boga, który sprawił, że stali się innymi ludźmi. Dzięki moim braciom i siostrom
zacząłem poznawać Chrystusa – uczyć się być podobnym do niego. Pokochałem tego, który pierwszy mnie
umiłował. Kiedy przyjąłem pewnego dnia Jezusa jak mojego Zbawiciela i Pana cała nienawiść do niektórych
ludzi minęła bezpowrotnie. Pragnąłem by otrzymali od Chrystus to, co ja – jego miłość i łaskę. Po krótkim
czasie usłyszałem od jednej z sióstr w zborze, że dokładnie rok temu zbór w Nowej Soli zaczął się modlić o
zbawienie Cyganów. Ta modlitwa została wysłuchana. Bóg przyprowadził do zboru mnie i moich starszych
rodzonych braci. To była odpowiedź na modlitwę dzieci Bożych. W ciągu kolejnych lat Bóg uczył mnie drogi
posłuszeństwa względem Swojego słowa. Dziś jestem pastorem zboru przy ulicy Piłsudskiego. Bóg użył mnie
i moją żonę do założenie Zboru w Lubinie. Dzięki łasce Bożej w przeciągu 10 lat nawróciło się kilkaset osób
przede wszystkim Romów. Ci których większość ludzi odrzuciła, staja się dziećmi żywego Boga. Boga
wszystkich ludzi dla którego nie ma ani Żyda, ani Greka ani Cygana……. On jest również Twoim Bogiem.
Odpowie na Twoje wołanie bez względu na to kim jesteś i gdzie się znajdujesz. Przemieni Twoje serce i
życie.
Nie ulegaj strachowi – „Nie bój się tylko wierz” ew. Marka 5,36 „Powierz Panu drogę swoją, Zaufaj mu, a
On wszystko dobrze uczyni.”
Stacja VIII Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty
Świadectwo Iwony
Iwona o sobie mówi tak: „Urodziłam się w rodzinie Katolickiej. Moje poznanie Boga ograniczało się do tego
co nauczono mnie na lekcjach religii, oraz w rodzinnym domu. Myśląc, że wszystko jest na właściwej drodze
trafiłam do Kościoła chrześcijańskiego, gdzie podczas uwielbienia słowa pieśni zaczęły dotykać mego serca.
Po nabożeństwie ludzie próbowali przekazać mi czym jest prawdziwa wiara w Boga. Tego samego dnia
zaczęłam się nad tym zastanawiać. Postanowiłam więc bliżej Go poznać. W tym celu zostałam skierowana
do Pisma Świętego. Czytając Biblię zrozumiałam jak wielka wartość jest w Niej zawarta.
To były moje początki.
Każdego dnia miałam coraz większe pragnienie czytania Biblii. Zaczęliśmy utrzymywać bliższe kontakty z
chrześcijanami, a nasze rozmowy przybliżały mnie do poznania Boga. Bardzo lubiłam przebywać w ich
towarzystwie i słuchać co Bóg czynił w ich życiu. Następnie zaczęłam dostrzegać swoje grzeszne życie i co
jest w nim złe, np. brak przebaczenia. Zrozumiałam również, że bez pomocy Boga nic nie osiągnę. Dlatego w
modlitwach prosiłam o pomoc. Nie upłynęło dużo czasu kiedy Bóg wlał w moje serce wspaniałe uczucie
przebaczenia, które ciążyło przez całe moje życie. Dzięki temu poczułam się wolna, odnajdując radość i sens
życia. Zaczęłam być radosna, mniej nerwowa, przestałam martwić się o mało istotne sprawy. Ciągle się
modliłam, chodziłam po domu, śpiewając i wielbiąc Boga, z wdzięcznością, że dał mi się poznać.
Zrozumiałam również co zrobił dla mnie Jezus Chrystus i jak powinnam żyć, by się Jemu podobać.
Każdego dnia Bóg pokazywał mi coś nowego i wlewał w moje serce chęć dzielenia się dobrą nowiną o
Jezusie. Pomimo, że różnie to było odbierane ja jednak szłam do przodu. Pragnę nadal kontynuować moją
drogę z Bogiem i lepiej Go poznawać.
Chwała niech będzie Jemu na wieki.”
Stacja IX Pan Jezus upada po raz trzeci
Świadectwo Irminy
„Przed wypadkiem byłam osobą wierzącą, ale powoli zaczęłam oddalać się od Boga. W pewnym okresie
przestałam chodzić do kościoła i się modlić. Wpadłam w złe towarzystwo; zaczęłam zażywać narkotyki, pić
alkohol i brać udział w imprezach. Zdarzał się też seks.
Od jakiegoś czasu poważnie chorowałam. Przestało mi na sobie zależeć. Robiłam wszystko, żeby siebie
zniszczyć… Zagłuszałam w ten sposób mój wewnętrzny ból.
W tym też czasie zaczęłam się interesować czarną magią, wywoływałam duchy i chodziłam do wróżek. To
wszystko otworzyło drzwi złemu duchowi… Tkwiłam w grzechach i miałam myśli samobójcze. Dwa tygodnie
przed wypadkiem chciałam się zabić. Miałam też przeczucie, że dojdzie do tego fatalnego zdarzenia… 7
listopada 2015 r. jechałam na koncert, który – o czym nie wiedziałam – miał być prowadzony przez
satanistyczną sektę. W drodze zderzyłam się czołowo z jadącym z naprzeciwka samochodem. Uderzając w
auto, zawołałam głośno do Pana Boga: „Panie Boże – jeśli mnie słyszysz – nie pozwól mi umrzeć, daj
mi jeszcze żyć!”. Bóg mnie wysłuchał. Wiem, że był też przy mnie wtedy mój Anioł Stróż, który powiedział do
mnie: „Nie martw się – wszystko będzie dobrze”. Walczono o życie Irminy, która miała „ uraz
wielonarządowy, ostrą niewydolność oddechową oraz wiele skomplikowanych złamań” w tym czasie
przeszła śmierć kliniczną.
„Powiedziałam do Pana Boga: „Boże, jak to możliwe, że widzę siebie i lekarzy?”.
Nagle znalazłam się w miejscu, w którym było szaro i zimno. Odczuwałam ból i cierpienie, które cały czas mi
towarzyszyły. Byłam samotna, czułam jednak obecność złych duchów. Przychodziły one w wielkiej liczbie,
biły mnie i dręczyły. Szarpały mnie i chciały mnie ze sobą zabrać. Ja im jednak mówiłam, iż nie oddam im
siebie i że należę do Boga.
One zaś mi na to odpowiadały: „Jesteś grzeszna, Pan Bóg cię nie chce!”.
Demony wiedziały, że jestem bezbronna. Doświadczałam wtedy od nich bardzo wielkiego cierpienia. Cały
czas jednak im powtarzałam, że moja dusza należy do Pana Boga i że nigdy – choćby mnie tak dalej biły i
szarpały – im jej nie oddam.
Kiedy demony mnie atakowały, zaczęłam odmawiać modlitwę Pod Twoją obronę. Wówczas przyszła do
mnie Matka Boża. Maryja miała na sobie biało-niebieskie szaty. Twarz Jej była przepiękna.
W Jej Osobie było tyle miłości jak u nikogo innego. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego ogromu
miłości, spokoju oraz wewnętrznej radości. Matka Boża jednym gestem ręki odpędziła wszystkie demony,
które, przeraźliwe bluźniąc, momentalnie uciekły. W tym momencie doznałam wielkiego pokoju.
Będąc w stanie śmierci klinicznej, nie miałam poczucia czasu. Po atakach demonów i obronie przez Matkę
Bożą znalazłam się w całkowitej ciemności. Nagle jednak w tym zupełnym mroku pojawiło się tajemnicze
światło. Nie było ono rażące i nie oślepiało, ale niosło ze sobą miłość. Był to tak wielki ogrom miłości, że nic
z tego, czego wcześniej doświadczyłam, nie mogło się z nim równać.
W tym tunelu światła ujrzałam postać, która się do mnie zbliżała. Nie szła, ale jakby płynęła. Spojrzałam i z
niedowierzaniem zobaczyłam Osobę odzianą w szaty i noszącą sandały. Pomyślałam: „To przecież Pan
Jezus!”.
W pierwszej chwili nie dowierzałam. On jednak uśmiechnął się do mnie. Pamiętam Jego wielką dobroć i
radość – tak wielką, że mnie wręcz przygniatała.
Jezus podszedł do mnie i powiedział: „Zaufaj Mi!”. Ja Mu na to odparłam: „Panie Jezu, nie jestem godna,
żeby na Ciebie spojrzeć”. On zaś mi odpowiedział: „Spójrz na mnie! Irmina – jesteś dobrym człowiekiem.
Każdy się jakoś pogubił, ale Ja wiem, że ty jesteś dobra. Zawsze odmawiałaś modlitwy swoimi słowami. Ja
cię słyszałem”. Wówczas się rozpłakałam, a On rzekł do mnie: „Podaj Mi dłoń! Zaufaj Mi – wszystko będzie
dobrze!”. Podałam więc Jezusowi dłoń i w tym samym momencie zabrał mnie ze sobą. Razem płynęliśmy
przez jakiś rodzaj ciemnego tunelu. Nagle ujrzałam przerażającą rzeczywistość piekła. Wyglądało ono jak
okrągły krater wulkanu, z którego wydobywała się lawa, żar oraz straszne krzyki, jęki i nienawiść. Demony
usiłowały mnie tam jeszcze ściągnąć. Same jednak wpadły do piekła, ja zaś z Jezusem bezpiecznie przeszłam
na drugą stronę.
Ujrzałam wówczas zachwycającą swoim pięknem krainę. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie
widziałam! Nie mam słów, aby wyrazić to, jak tam jest pięknie i cudownie! W niebie jest pełnia szczęścia,
wolności i miłości. Mówiłam sobie: „Zostanę tutaj. Tu jest tak cudownie!”.
Pan Jezus uświadomił mi, że istnieje niebo oraz czyściec, gdzie ludzie cierpią z powodu konsekwencji swoich
grzechów i dojrzewają do nieba, oraz że istnieje przerażająca rzeczywistość wiecznego piekła.
Kiedy leżałam w śpiączce, lekarze wezwali moją rodzinę i przekazali jej informację, iż jestem w stanie
krytycznym i że mają się ze mną pożegnać, ponieważ umieram i nie dożyję do rana…
Irmina doświadczyła jeszcze rozmowy w niebie ze zmarłymi rodzicami swojego chłopaka, nie chciała
wracać na ziemię jednak postanowiła to uczynić. Zapłakana zwróciłam się więc do Jezusa z pytaniem: „Czy
mogę wrócić na ziemię?”. Pan Jezus odrzekł mi na to: „Dobrze. Wiedz jednak, że po powrocie na ziemię
będziesz bardzo cierpieć. Będziesz miała bardzo dużo operacji. Zobaczysz, jacy są ludzie wokół ciebie.
Zobaczysz, na kogo będziesz mogła liczyć. Czy jesteś na to gotowa?”. Odpowiedziałam: „Tak – jestem na to
gotowa”. Jezus rzekł wtedy: „Dobrze. Obiecaj mi w takim razie, że będziesz głosiła, że Ja jestem
prawdziwy, że niebo istnieje naprawdę, że istnieje czyściec i że piekło też istnieje, choć wielu ludzi nie
zdaje sobie z tego sprawy. Módl się do Mnie nadal swoimi słowami – tak jak to do tej pory czyniłaś”.
Obiecałam Mu, że tak zrobię.
Irmina wróciła z powrotem na ziemię. Miałą dużo operacji jednak wszystko to sprawiło że wróciła do
zdrowia i dzisiaj jak mówi:
„staram się spełnić obietnicę daną Panu Bogu. Dużo o Nim opowiadam, mimo iż ludzie na mnie źle patrzą
lub się ze mnie wyśmiewają. Nigdy nie tracę wiary; modlę się za tych ludzi. Zawsze będę głosiła, że Pan
Jezus jest cały czas z nami, obecny w sakramentach pokuty i Eucharystii, i że pragnie działać w naszym
życiu, tak jak w moim życiu cudownie zadziałał.” Pod wpływem głoszonego przeze mnie świadectwa wiele
osób się nawróciło. Znam przypadki, że osoby po 30 latach poszły do spowiedzi i Komunii św.!
Modlę się, by wszyscy ludzie pragnęli Pana Jezusa. Jednak żeby mógł On do nas przyjść, najpierw trzeba Go
do naszego życia zaprosić. Mamy bowiem wolną wolę. Pan Jezus patrzy na nas i płacze, gdy popadamy w
grzechy, ale nic nie może uczynić, póki się do Niego nie zwrócimy. Dopóki Go nie zawołamy, On do nas nie
przyjdzie.
Stacja X Pan Jezus zostaje obnażony z szat
Świadectwo Daniela
Daniel przyszedł na świat w nie bardzo wierzącej rodzinie, ale jak mówi:
„zawdzięczam im to, że otrzymałem Sakrament Chrztu, i to że nie dopuścili żebym nie chodził na Niedzielna
Eucharystię ,i także to że nie jestem w nałogu picia alkoholu i palenia, także narkotyków.”
W podstawówce był jak mówił „inny” ze względu na nieśmiałość oraz małą odwagę. Był typem spokojnego
człowieka. W technikum poznał kolegów, którzy zaakceptowali go takiego jakim był, ale cofnijmy się do
okresu gdy miał 12-13 lat, jak mówi:
„zaczyna się ”przygoda” z seksualnością, erotyzmem. W domu pojawia się Internet (piękne i dobre
narzędzie),i po jakimś czasie stykam się z taką prawdziwą pornografią. Było zaciekawienie, krótkie
zaglądnięcia później coraz śmielej i tak to się we mnie ”rodziło”. Z czasem pojawiły się rozmowy
nieprzyzwoite na czatach internetowych, masturbacja,(czyniłem to codziennie nawet parę razy dziennie,
gdy była jakaś przerwa związana np. ze Spowiedzią). Wcześniej nie rozumiałem do końca, że to grzech ale
gdzieś już miałem słuchy, że to grzech. Bóg wzbudzał we mnie wyrzuty sumienia w stylu ”Bóg cię
obserwuje, pamiętasz że On jest?” Mówił później do mnie przez słowa Katechizmu, o konsekwencjach
grzechu (ogólnie),wstrząsało mną to, żałowałem ale trwałem w tym nadal. Zapalał Bóg we mnie taką
”czerwoną lampkę”. Mimo to trwałem w tym wszystkim no bo taka rzeczywistość i tak jest że tkwię w tym
czym jestem, a Bóg może mnie zbawi kiedyś po śmierci jak coś. Byłem co niedzielę na Eucharystii, Pan
mówił do mnie bym Wrócił do Niego, ale nie słyszałem tego albo to było takim ziarnem, które na złe
podłoże pada. Przełom gdzieś zaczął się gdy zaczął cierpieć i umierać nasz ukochany papież Jan Paweł ll.
Przeżyłem te chwile i śmierć (Gdy Papież cierpiał ciężko, wyłączałem telewizor z relacjami telewizyjnymi,
bałem się następnego dnia włączyć rano telewizor w obawie że powiedzą że Papież nie żyje.). Bóg dał nam
Łaskę spokojnego przejścia Papieża na stronę rzeczywistą naszego istnienia (2 kwietnia wieczorem w wigilie
Miłosierdzia Bożego). Ja nadal tkwiłem, w tym w czym byłem, ale czuje teraz, że coś było inaczej, ale byłem
w uwikłaniu nieczystości. Od 3 czerwca 2005 (w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa),około
tygodnia, w mojej parafii odbywały się Misje Miłosierdzia Bożego (nawiedzenie obrazu Jezusa
Miłosiernego),i były rekolekcje. Z tej okazji mogłem uczestniczyć w rekolekcjach dla młodzieży. Częściowo
na nich byłem, ale pod koniec darowałem sobie. Miałem nawet w planie pójście do Spowiedzi ale
”odechciało” mi się.
Zmieniając sytuację życiową, która będzie miała istotną kwestię w nawróceniu – Daniel zaczął swoje życie w
poszukiwaniu pierwszej miłości, której nigdy nie miał jak mówił o sobie : „nie byłem okazem pięknego,
przystojnego, wysokiego chłopaka, który ma zapędy na jakieś wygłupy i wariacje jakich świat nie widział.
Wcześniej miałem nadwagę, nawet byłem otyły, lecz na początku 2005 roku zacząłem się za to zabierać, i
efekty były szybko. Jestem dziś szczupły.”
Założył swój profil na portalu randkowym. Nawiązał kontakt z jedną dziewczyną. Spotkanie z nią dawały jak
mówi: „uczucia mieszane, oboje byliśmy nieśmiali, łatwiej było rozmawiać przez Internet niż w
rzeczywistości. Później z rozmowy wirtualnej wyszło, że mam małe szanse u niej, ale że mam – może
niepotrzebnie, poddałem się, zamiast walczyć o nią, no i zaczęła się psuć miedzy nami znajomość. Co z tej
znajomości wyszło dobrego? Zacząłem się skupiać na relacji z nią, nie było między nami żadnych
”nieprzyzwoitych” rozmów, dokonywałem rzadziej aktu masturbacji i pornografii. Dalej wchodziłem w to
gdy coś nie układało się między nami – ale to już było rzadsze,(nie codziennie) lecz jeszcze byłem
zniewolony.
W życiu Daniela zaczyna się przełom :
„Były rekolekcje Wielkopostne, spowiedź, ogłosiła się wspólnota młodzieżowa – coś mnie pchało żeby się
zgłosić, przełamać zamknięcie się ,ale zabrakło mi odwagi. Rok 2006 był rokiem moich 18-tych urodzin, coś
przełomowego się dzieje. W Niedzielę po moich urodzinach, byłem na Mszy, a tam intencja ”za Daniela w
18-rocznicę urodzin ….” byłem zaskoczony – Bóg mówi do mnie o nawróceniu w homilii (chodź skupiam się
że to On mówi do mojego taty o nawróceniu, do dziś jest z Panem i Kościołem raczej na bakier),ale czasem
się pojawia – Modlę się za niego.
I nastaje w moim życiu ważny moment chodź bardzo nie uważałem go za ważny może aż tak jak teraz go
widzę. Wcześniej już zaczynałem naprawdę walczyć z masturbacją i pornografią, niby się udawało ale
upadałem, no bo bez Boga i na własną rękę. W listopadzie zaczęły się rekolekcje Odpustowe w mojej
parafii, przyjechał charyzmatyczny kapłan ze swoją wspólnotą.(ksiądz miał nazwisko takie jak ja mam
;),Mówił o Bogu, jego Miłości, piękne rzeczy. Mówił, piękne scenki wspólnoty która te rekolekcje prowadziła
– co mnie poruszyło najpierw?
to że kapłan poprosił by ci co nie mogą przyjąć Komunii Świętej ,i tak niech podejdą po Błogosławieństwo.
Drugą rzeczą to świadectwo jednego chłopaka który opowiadał jak się wzmagał z …..MASTURBACJĄ.W tym
samym dniu kiedy zdecydowałem się na Spowiedź; i to zrobiłem po prostu Kapłan przed udzieleniem
rozgrzeszenia powiedział do mnie te słowa w nauce (tyle pamiętam i to mam pamiętać ”BÓG DAJE CI
WOLNOŚĆ…..”) i udało mi się pokonać te bagna, byłem i jestem szczęśliwy; upadłem później tylko 3 razy.
Jestem Wolny – Jezus mnie uwolnił, Kocham Go! Alleluja!. Przełamałem się i wstąpiłem do tej wspólnoty
która się ogłaszała na rekolekcjach wielkopostnych. Później Pan mnie zaczynał oczyszczać i nadal oczyszcza,
niech będzie Jego Wola. Amen.
Myślę o Kapłaństwie, i podjąłem decyzję że chce służyć ludziom w taki sposób. Amen
Stacja XI Pan Jezus przybity do krzyża
Świadectwo Łukasza
Jak mówi Łukasz: „Wychowany jestem w rodzinie rzymsko-katolickiej. Jako wierzący katolik uczęszczałem
na niedzielne msze św., chodziłem dość często do spowiedzi, a także chodziłem na różaniec i drogę
krzyżową. Jednak zdarzało się, że postępowałem źle w stosunku do innych – do rodziny, koleżanek,
kolegów. Zdarzało się, że niektórzy ze mną nie mogli wytrzymać – problemy w szkole, czasami jakieś
problemy w rodzinie. Uczęszczając na niedzielne nabożeństwa i częste spowiedzi, uważałem się za
świętego. Myślałem nawet o tym, aby zostać księdzem, albo pójść do zakonu. Jednak zaczęło się w moim
życiu wszystko stopniowo rozsypywać. Rodzina była nie praktykująca, do Kościoła chodziłem z przymusu.
Później chodziłem już coraz rzadziej, przestałem zaliczać pierwsze piątki miesiąca, a regularne chodzenie na
niedzielne msze św. ograniczyło się. Później chodziłem do kościoła tylko w Boże Narodzenie i Wielkanoc. Jak
się okazało nie znałem Słowa Bożego. Myślałem, że jak jestem wierzącym i praktykującym katolikiem to
wystarczy mi to do zbawienia. Jednak gdy zobaczyłem kilka wersetów z Biblii stwierdziłem, że w moim życiu
była duża pustka. Po kilku latach od momentu kiedy dość często chodziłem do Kościoła postanowiłem
zajrzeć do Kościoła Zielonoświątkowego. Nabożeństwo, na którym wówczas byłem, było dla mnie zwykłą
mszą, ale zdecydowałem przychodzić na kolejne, choć była temu przeciwna moja rodzina. Po pewnym
czasie zacząłem rozmawiać z ludźmi z tej społeczności.
Dowiedziałem się wtedy, że chrześcijaninem jest taką osobą, która powierzyła swoje życie Jezusowi
(Ew.J3,1-8).
Było to dla mnie bardzo ciężko zrozumieć, ale po coraz częstszych rozmowach z ludźmi, którzy oddali swoje
życie Jezusowi i częstszym czytaniu Słowa Bożego, zrozumiałem że muszę powierzyć w modlitwie swoje
życie Jezusowi. Pojawiły się w moim życiu problemy z rodziną i znajomymi, ze względu na wyznawanie
Jezusa, ale ja dziś wiem, że aby być zbawionym nie trzeba być katolikiem, ani zielonoświątkowcem, ani
Baptystą (Ew J3,16). Zbawieni jesteśmy przez osobę Jezusa Chrystusa, który umarł za nasze grzechy na
krzyżu (Rz5,8).
Podjąłem więc decyzję i powierzyłem swoje życie Jezusowi. W pewnym momencie spojrzałem w przeszłość i
pomyślałem, że wiele bym dał, aby się to wróciło i mógłbym przeprosić ludzi, których skrzywdziłem. W tej
chwili staram się okazywać ludziom szczerość i chciałbym dużo innym pomagać. Dzisiaj każda osoba jest dla
mnie taka sama jak ja, jestem otwarty na wszystkich, dawniej uważałem się za lepszego, bo byłem
wierzącym i praktykującym katolikiem. Dziś moje relacje z ludźmi są zdecydowanie lepsze niż kiedyś.
Pozostaje mi pogłębiać swoją więź z Bogiem poprzez modlitwę, czytanie Słowa Bożego, rozmowę z innymi
wierzącymi i mówienie innym o Jezusie. Bardzo lubię rozmawiać z innymi o Jezusie, podejrzewam, że mam
taki dar do głoszenia ewangelii.
Jednak mam ciężkie relacje z rodziną i ze znajomymi, ale jednak chcę iść za Jezusem (Ew.J 9,23).
Stacja XII Pan Jezus umiera na krzyżu
Świadectwo nawrócenia ojca Adama Szostaka
Jak mówi o. Adam: „Oczywiście, jak to bardzo często bywa, wszystko to szybko się rozmyło, a raczej
przyszedł zły i zamazał we mnie całe to doświadczenie Bożej miłości. Wszystkie grzechy i słabości wróciły z
ogromną siłą i byłem trzy razy bardziej uwikłany niż wcześniej. W międzyczasie jednak wyświęcili
mnie. Żyłem więc w totalnej rozwałce i w poczuciu, że jestem niewierzącym księdzem. Co więcej, zostałem
duszpasterzem „Beczki”, czyli krakowskiego duszpasterstwa akademickiego. Co niedzielę wychodziłem na
ambonę, przede mną cztery tysiące ludzi, a ja miałem dojmujące wrażenie, że zupełnie nie wierzę, że mówię
do nich kazania o Bogu, którego nie znam i którego nie doświadczam. Tak mocno szatan zatarł we mnie
obraz Boga, który wcześniej dostałem. Tak silnie przekonał mnie o moich grzechach, że całkowicie stałem
się ślepy na to, kim jest Pan Bóg. Myślałem wtedy, że zwariuję na skutek rozdwojenia jaźni, bo gadam do
ludzi o tym, w co sam nie wierzę. W takim momencie mojego życia zadzwonili do mnie bracia z Warszawy,
z klasztoru na Służewie, z informacją, że zaprosili do siebie do kościoła dwóch misjonarzy z Brazylii. Byli to
ojcowie Antonello i Enrique, ksawerianie, którzy żyją w założonej przez siebie wspólnocie Przymierze
Miłosierdzia w Brazylii. W maju 2008 roku mieli zaplanowaną serię rekolekcji w Polsce i tak się akurat stało,
że przed Zesłaniem Ducha Świętego pojawiły im się trzy dni wolne, ponieważ ktoś odwołał rekolekcje.
Bracia zapytali mnie więc, czy w związku z tym, że jestem duszpasterzem w Krakowie, nie chciałbym ich
zaprosić, by poprowadzili u nas rekolekcje przed Zesłaniem. Pomyślałem: „Ale po co? Na co mi jacyś magicy
z Brazylii?”. Próbowałem się jakoś wykręcić, tłumacząc, że okres wielkanocny to nie czas na rekolekcje, że
nikt wtedy nie przyjdzie, a tym bardziej studenci. Tydzień próbowałem ich przekonać, że to bez sensu i jakoś
na około powiedzieć moim braciom, że nie chcę u siebie tych szarlatanów, ale Jasiu Chwast, mój brat
zakonny, był tak przekonujący, że nie byłem ostatecznie w stanie mu odmówić i w końcu się zgodziłem.
Przymusił mnie do tego argumentem, że nie ma co z nimi zrobić w te dni, i dodał: „Weź mi ich po prostu, bo
mam już dość”.
Ojcowie z Brazylii przyjechali do Krakowa pociągiem, wybrałem się więc po nich samochodem na dworzec.
Gdy ich zobaczyłem, omal nie parsknąłem śmiechem, bo wyglądali jak Flip i Flap – jeden wysoki, drugi niski,
jeden w rozchełstanej koszuli, drugi w koloratce i sweterku. Żeby jeszcze było mało, mówili wyłącznie po
włosku, ja zaś w tym języku ani słowa, więc w ogóle nie mogłem się z nimi dogadać. Do klasztoru jechaliśmy
w zupełnej ciszy. Pomyślałem sobie: „Boże, jakaś katastrofa”, bo wiedziałem, że będę musiał z nimi jeszcze
jeść posiłki i się nimi zajmować, bo to ja ich zaprosiłem. Jak nastąpiła przemiana ojca Adama ?
W pierwszy dzień rekolekcji nic szczególnego się nie działo jak mówił o. Adam: „Wiedzą, że rekolekcje
prowadzone w kościołach są bardzo potrzebne, ale zasadniczo chcą w tych miejscach, w których głoszą,
modlić się za księży. Jednak drugi dzień rekolekcji jak mówi: „Usiadłem na stołku, oni wzięli mnie w obroty,
czyli zaczęli się ze mną modlić. W pierwszej sekundzie tej modlitwy, bez żadnej rozgrzewki czy jakiegoś
rozbiegu, jak tylko usiadłem, zanim oni jeszcze otworzyli usta i zaczęli cokolwiek mówić, zostałem jakby
zabity. Nie potrafię tego opowiedzieć, ale psychicznie, fizycznie i emocjonalnie czułem się, jakbym po prostu
umarł. Miałem wrażenie, że ktoś mnie zabija. Miałem zamknięte oczy, ale byłem przekonany, że gdy je
otworzę, zobaczę wielką dziurę w moim ciele i faceta, który w ręku trzyma moje serce – on jednak tylko
trzymał rękę na mojej klatce piersiowej. Doświadczałem dokładnie tego, o czym pisze prorok Ezechiel, że
Bóg wyjął mi serce kamienne, a włożył serce z ciała (por. Ez 36, 26) Wypłakałem wtedy chyba z osiem
wiader łez. Nigdy w życiu tyle nie płakałem. Nie panowałem nad sobą, swoimi emocjami, nad niczym.
Miałem wrażenie, że Ktoś jakby mną zawładnął, ale to wszystko działo się jednocześnie w zupełnej
wolności. W każdej chwili jakbym słyszał pytanie: „Mogę?” i wiedziałem, że mogę się nie zgodzić.
Wystarczyłoby jedno moje „nie” i natychmiast wszystko by się skończyło. To zawładnięcie nie było żadnym
zniewoleniem, ale działo się z moją nieustanną akceptacją i trzeźwą świadomością. Bóg cały czas mnie
pytał: „Mogę wejść? Wpuścisz Mnie? Wprowadzisz Mnie dalej? Pozwolisz?. Do dziś nie potrafię
opowiedzieć wszystkiego, co się wydarzyło tego dnia, ale jeśli ktoś spyta mnie, czy spotkałem żywego Boga,
to moja odpowiedź zawsze będzie brzmieć: „Tak”. Potem jednak powoli to, co otrzymałem, zaczęło się we
mnie rozwijać. Trochę niezauważenie pojawiła się we mnie jakaś niewiarygodna Boża obecność. Na co
dzień zacząłem doświadczać, że On JEST, a ja nie jestem już porzucony, ale umiłowany. Nagle zacząłem
doświadczać, że jestem przez Boga niewiarygodnie kochany. Wręcz realną i namacalną prawdą stało się we
mnie to, że On wziął na siebie wszystkie moje grzechy, zabrał je, wyrwał mnie z nich. Do dziś trudno mi to
wszystko opisać.
Stacja XIII Pan Jezus zdjęty z Krzyża
Świadectwo Magdy
Przed nawróceniem się przez wiele lat żyłam z daleka od Pana Boga nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
Kroczyłam przez życie niejednokrotnie zmieniając partnera. Po kilku nieudanych związkach czułam się
wypalona i zniechęcona. Postanowiłam jednak dać sobie ostatnią szansę i tym razem za pośrednictwem
Internetu poszukać tego „jedynego”. I wtedy poznałam Jacka. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że
jest w trakcie rozwodu, co trochę zniechęciło mnie do spotkania z nim, ale serce podpowiadało mi żebym
poszła. I tak zrobiłam. Podczas spotkania Jacek opowiedział mi o tym jak w czasie Mszy o uzdrowienie Pan
Jezus uwolnił go od ciężaru cierpienia. Nieustannie mówił on o Bogu Miłości, aż w końcu sama zapragnęłam
Go poznać. Poszłam na Mszę, o której tak wiele dobrego słyszałam i ku mojemu zdziwieniu tydzień później
przystąpiłam do spowiedzi po ośmiu latach nie spowiadania się. Jacek wspomniał również o grupie
modlitewnej „Zwiastowanie”, do której od jakiegoś czasu należał. Zaproponował żebym przyszła na
spotkanie. Zgodziłam się. Pomimo, iż początkowo nie widziałam sensu mojego uczestnictwa w spotkaniach,
to jednak czułam wewnętrzną potrzebę przychodzenia co tydzień. Potem dowiedziałam się o seminarium
organizowanym w ramach Odnowy w Duchu Świętym, w którym wzięłam udział. Od tego momentu
rozpoczęła się moja „przygoda” z Panem Bogiem. Już prawie od roku żyję w czystości, choć na początku nie
było łatwo. Bałam się samotności, ale na szczęście Pan zaczął wypełniać mój wolny czas. Chciał żebym Go
lepiej poznała. Objawił mi przemijalność i kruchość tego świata uświadamiając w ten sposób bezsens
poszukiwania szczęścia i oparcia w rzeczach doczesnych. Wyjaśnił mi, że wszyscy jesteśmy w drodze, a
ziemia to jedynie krótki przystanek i to od nas zależy czy na nim pozostaniemy, czy pójdziemy dalej do celu
naszej podróży, którym teraz już wiem na pewno, jest sam Pan Bóg.
Stacja XIV Pan Jezus złożony do grobu
Świadectwo Błażeja
Jak mów Błażej o sobie: „Jeszcze pół roku temu byłem niewierzący. Oto świadectwo mojego nawrócenia.
Jeśli chodzi o wiarę, w swoim życiu przechodziłem różne etapy. Jak w sinusoidzie. Byłem agnostykiem,
byłem ateistą. Miałem etapy fascynacji mistycyzmem. Były też okresy niby-wiary, ale zawsze było to trochę
wymuszone, trochę na zasadzie przekonywania samego siebie, że mam wierzyć. Przez kilka miesięcy
poprzedzających moje nawrócenie nie byłem u spowiedzi, u komunii, a nawet na Mszy Świętej. Miałem
dość udawania przed samym sobą, nie chciałem robić czegoś, w co nie wierzyłem. Jeżeli na moim
widnokręgu w ogóle był jakiś Bóg, to nie był mi bliski. Być może umarł „za ludzkość” – sądziłem – ale na
pewno nie za mnie. Bóg nie dba o mnie, bo jest zbyt zajęty tymi, których bardziej lubi, swoimi faworytami.
Ułożyłem sobie nawet filozoficzny (a może teologiczny?) dowód na nieistnienie Boga. Otóż: jeśli Bóg jest
wszechmocny i chce mojego szczęścia, a ja jestem nieszczęśliwy, to znaczy, że Boga nie ma – tak wtedy
rozumowałem. Myślę, że moja niewiara była po części wynikiem mojego racjonalistycznego, logicznego
myślenia. Chciałem wierzyć w to, co prawdziwe, a nie widziałem faktów, które mogły mnie jednoznacznie
przekonać o istnieniu Boga. Trudno było też mi uwierzyć, że jakikolwiek Wszechmogący może mnie uważać
za wartościowego człowieka. Różne niepowodzenia życiowe, trudności, a także trudna sytuacja rodzinna
sprawiły, że nie akceptowałem samego siebie. Nie miałem nadziei, że może być ze mnie cokolwiek dobrego.
Nie widziałem sensu w staraniu się. Prowadziło to do wielu problemów: zaburzeń emocjonalnych (w tym
myśli samobójczych), nałogu gier komputerowych i Internetu, porażek w pracy i na studiach.
Nie wchodziłem też w bliskie relacje z ludźmi – bo kto mógłby chcieć znać tak beznadziejnego człowieka?
Jedyną naprawdę bliską mi osobą była moja dziewczyna, jednak i ona była zbyt przytłoczona moimi
problemami i po 4 latach związku zdecydowała się go zakończyć. Tak napędzało się błędne koło. Porażki
potęgowały niskie poczucie własnej wartości, a to wywoływało kolejne porażki. Niedługo po zamieszkaniu
w Krakowie zacząłem chodzić do Wspólnoty Akademickiej Jezuitów. Nie miało to związku z wiarą, a po
prostu z potrzebą towarzystwa; miałem nawet żal do świata, że tego rodzaju grupy tworzą się tylko wokół
Kościoła. Od dwóch lat w ramach tego duszpasterstwa działam w grupie męskiej GRB. Mimo, że jest ona
otwarta na osoby wierzące i niewierzące, wszyscy jej członkowie oprócz mnie byli katolikami. Trwałem w
niej jednak. Podczas wspólnych modlitw milczałem, a znak krzyża (w ramach małego protestu) robiłem „na
odwrót”, czyli tak, jak prawosławni. Ówczesny lider grupy, jezuita Łukasz, po każdym spotkaniu miał
zarezerwowany czas specjalnie na rozmowę ze mną. Nieraz próbował popychać mnie w stronę wiary, czy to
w samej rozmowie, czy to podsuwając jakieś książki lub artykuły, ale nigdy nie był w tym nachalny, a mnie
żadne argumenty nie były w stanie przekonać.
Moje nawrócenie zaczęło się, gdy około listopada zeszłego roku będąc w WAJ-u, trafiłem (jak wtedy
myślałem, przypadkiem) na zapisy do rekolekcji w życiu codziennym. Mimo, że nie wierzyłem w Boga,
postanowiłem spróbować. Co miałem do stracenia? Ten rodzaj rekolekcji wygląda tak, że każdego dnia
należy przeczytać wskazany fragment z Biblii, przemedytować kilka pytań z nim związanych i porozmawiać
z Bogiem o swoich przemyśleniach. Ta metoda zmuszała do spojrzenia w głąb siebie, a to, co tam
widziałem, wcale mi się nie podobało. Oprócz tego złościło mnie, że mam rozmawiać z kimś, kto przecież nie
istnieje. W czasie jednej z tych medytacji powiedziałem: „Boże, nie chcę słów, które pojawiają się w mojej
głowie, a ja mam zgadywać, czy to Ty, czy ja. Mam dość «subtelnych poruszeń duszy».
Jeżeli rzeczywiście istniejesz i rzeczywiście mnie kochasz, to przestań się ze mną bawić, zejdź tu do mnie, jak
schodziłeś do Adama, Abrahama, Mojżesza, siądź tu obok w fotelu, porozmawiaj ze mną twarzą w twarz!”.
Byłem zły i rozgoryczony, więc było to w nieco mniej cenzuralnych słowach… Jak możecie się domyślić, Bóg
nie zszedł i nie usiadł koło mnie w fotelu (co oczywiście jeszcze bardziej mnie rozgoryczyło), ale myślę, że w
tym momencie powiedział do siebie: challenge accepted.
Przez kilka dalszych miesięcy nic się nie działo – aż do marca tego roku, do spotkania GRB – ostatniego, które
prowadził Łukasz. Była to konferencja i dyskusja na temat Bożego Miłosierdzia. Zastanowiło mnie, że Łukasz
przez całe spotkanie miał przed sobą Biblię, ale ani razu jej nie otworzył, zupełnie jakby przyniósł ją
niepotrzebnie. Podczas konferencji i dyskusji padło kilka zdań, które mnie poruszyły, o Bożej miłości do
każdego człowieka (niestety, nie potrafię ich już dzisiaj przytoczyć). Pojawiła się wtedy w mojej głowie myśl:
„Kurczę, chciałbym wierzyć”. Po spotkaniu – o czym nie wiedziałem – była zaplanowana adoracja
Najświętszego Sakramentu w salce obok. Podczas niej coś się we mnie zmieniło. Poczułem spokój i siłę.
Zapragnąłem razem z chłopakami śpiewać i modlić się – podczas gdy jeszcze na spotkaniu robiłem na
odwrót znak krzyża. Po adoracji, jak zawsze, Łukasz wziął mnie na rozmowę. Zauważył i ucieszył się, że coś
się zmieniło. Okazało się, że Pismo Święte, które zabrał na konferencję, to był prezent – dla mnie. Nie
wiedziałem, co powiedzieć. To był najlepszy podarunek, jaki w tym momencie mogłem dostać.
W ciągu kilku następnych tygodni miało miejsce kilka „drobnych” wydarzeń, kiedy powierzałem Bogu jakąś
sprawę, a On ją rozwiązywał – i dorzucał coś gratis od siebie. Nie będę tych sytuacji przytaczał, bo
musiałbym opisać je szczegółowo (opiszę w komentarzu). Być może ktoś mógłby powiedzieć, że to zbieg
okoliczności. Dla mnie o wiele więcej wiary w cuda wymagałoby uwierzenie w to, że to przypadek, niż w to,
że Bóg wysłuchał moich próśb. Co za paradoks! Poprzez moją niewiarę w cuda Bóg sprawił, że uwierzyłem
w Niego.
Bóg zaczął uzdrawiać moje rany. Niektóre od ręki, z dnia na dzień: np. nałóg gier komputerowych i
Internetu oraz myśli samobójcze. Inne stopniowo. Otworzyłem się przed ludźmi i na ludzi. Nauczyłem się
wybaczać swoim rodzicom, sobie, swojej byłej dziewczynie. Buduję poczucie swojej wartości. Cały czas uczę
się patrzeć na siebie i na innych ludzi tak, jak On ich – nas – widzi. I wielu, wielu innych rzeczy. Teraz nie
mogę już powiedzieć: nie wierzę w Boga. Po prostu mi nie wolno. Doświadczyłem – i doświadczam – Jego
działania tak ewidentnie, że nie mogę temu zaprzeczyć. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że nie wierzę
w krzesło, na którym siedzę albo w gałąź, która uderzyła mnie w twarz. Nie mówię, że nie upadam. Że
wszystko jest cudownie poukładane. Że jestem święty. Ale w ciągu pół roku Pan Bóg uzdrowił mnie z wielu
rzeczy i ze zgorzkniałego ateisty zrobił faceta, który codziennie się modli, czyta Pismo Święte, nosi medalik
na piersi, regularnie przyjmuje Komunię i chodzi do spowiedzi. To chyba zakrawa o cud.
Moje nawrócenie nie było moją zasługą. Ja tylko poprosiłem Boga, żeby zszedł z chmur i mi się pokazał. Jeśli
chcesz, żeby pokazał się też tobie, poproś Go o to. Lub Mu wygarnij. Byle szczerze. Wiem, że głupio mówi się
w próżnię, ale ryzykujesz niewiele, a możesz zyskać nieskończenie więcej.”
Zakończenie
Może w naszym życiu pojawiają się dylematy, pytania, zwątpienia, życiowe upadki. Nasza droga życia jest
czasem bardzo „pokręcona” zamiast być prostą drogą, w której jest Pan Jezus jako główny drogowskaz w
naszym życiu. Czasem upadniemy do tego stopnia, że nie możemy się podnieść. Tkwimy w tym co nas
trzyma jak nasza ludzka pycha, zawiłość, uzależnienia, ateistyczne myślenie, nienawiści, zazdrości, sprawy
przyziemne, a dalej pogłębiający kryzys, który działa jak dokładane kamienie do naszych nóg kiedy toniemy.
Słuchając dzisiejszych świadectw pamiętajmy o jednej ważnej osobie w trzech – Bóg Ojciec, Pan Jezus i
Duch Święty. Zawsze jest przy nas i bez względu na to jak jest nam beznadziejnie On czeka abyśmy zawołali
do Niego, a wtedy On zaczyna działać i przemieniać nasze życie.
„ Pan podtrzymuje wszystkich, którzy spadają i podnosi wszystkich zgnębionych” (Psalm 3,4)
„Zaufaj Panu całym sercem i nie polegaj na swoim rozumie. We wszystkich swoich drogach zwracaj się do
Niego, a On prostować będzie twoje ścieżki”(Księga Przysłów 3,5-6)
